Wpis specjalny, czyli kangurze sprawki – część 1
Ten wpis z relacji nie jest związany z żadnym dniem wyprawy, ani moją trasą – ma za zadanie podsumować moje obserwacje i wyciągnąć różne ciekawostki o Australii, które myślę że warto znać.
Pieniądze
Walutą Australii jest dolar australijski, który dzieli się na 10 centów. Jest to piąta najchętniej handlowana waluta na Świecie – po dolarze amerykańskim, euro, jenie i funcie-szterlingu. Ciekawe są zarówno monety, jak i banknoty.
Monety obiegowe są kompletnym przeciwieństwem naszych – centy są w kolorze srebrnym i są bardzo duże i ciężkie. Okazuje się, że mimo, że nasz portfel waży przysłowiową tonę, może się okazać że nie stać nas nawet na kanapkę w sklepie. Jedno- i dwudolarówki natomiast są w kolorze miedzianym i ta mniej wartościowa jest większa od tej z większym nominałem. Sporo czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do tego. Wszystkie australijskie monety na awersie przedstawiają profil Elżbiety II, dotyczy to także monet kolekcjonerskich.
Moneta 50-centowa jest jedną z największych monet obiegowych na całym Świecie. Waży 15,55 grama i ma średnicę 31,51 mm. Najmniejszą możliwą do posiadania w portfelu monetą jest 5 centów. Wszystkie ceny w sklepach muszą być zaokrąglone zgodnie z zasadami arytmetyki, by cała należność można było zapłacić bez używania 1- i 2-centówek.
Banknoty australijskie w obecnej formie zaczęto wprowadzać w 1988 roku i są pionierskie, gdyż wykonane zostały jako pierwsze z włókien polimerowych, dzięki czemu są czyste, nie gniotą się, są w stanie być w obiegu czterokrotnie dłużej niż tradycyjne, a w dodatku łatwo poddają się recyklingowi. Wszystkie mają jako element zabezpieczający przeźroczyste okienka. Australia była pierwszym krajem, który wprowadził takie banknoty. Dziś australijska drukarnia papierów wartościowych produkuje banknoty w tej technologii dla takich krajów jak: Bangladesz, Brunei, Chile, Indonezja, Kuwejt, Malezja, Meksyk, Nepal, Nowa Zelandia, Papua Nowa Gwinea, Rumunia, Zachodnia Samoa, Singapur, Wyspy Salomona, Sri Lanka, Tajlandia i Wietnam.
Banknoty australijskie mają bardzo wyraziste i łatwo rozróżnialne kolory – 100$ – zielony, 50$ – żółty, 20$ – czerwony, 10$ – niebieski i najmniejszy 5-cio dolarowy jest w kolorze fioletowym.
Nie każdy wie, że Australia przoduje w technologii mincerskiej, monety kolekcjonerskie z dwóch mennic – Royal Mint oraz Perth Mint są bardzo cenione przez kolekcjonerów dzięki ich jakości i innowacyjnym technologiom stosowanym przy ich produkcji. Jedną ze słynniejszych monet jest Kangaroo at the sunset.
Jeżeli jesteście ciekawi innych projektów, wejdźcie na stronę Perth Mint.
Australia przoduje także w produkcji monet inwestycyjnych, zawierających określoną ilość kruszcu (tzw. monety bulionowe). Największa złota moneta Świata została wybita w 2011 roku w Perth Mint, zawiera w sobie 99.99% złota, waży tonę i 12 kilogramów, ma średnicę 80 cm przy grubości dwunastu centymetrów. Na awersie przedstawia profil Królowej Elżbiety Drugiej, na rewersie zaś kangura czerwonego. Moneta ta jest całkowicie legalnym środkiem płatniczym w Australii i ma nominał miliona dolarów australijskich, choć jej wartość w momencie produkcji to 53,5 mln AUD.
Ruch Drogowy
W Australii jak już wiecie jeździmy po lewej stronie drogi. Sygnalizatory świetlne działają trochę inaczej niż w Europie…
Światło zielone nie miga gdy przestaje być dozwolone przechodzenie przez jezdnie. Rolę tego sygnału pełni czerwone migające światło i oznacza, że już nie powinno się wchodzić na jezdnię, ale można dokończyć przechodzenie przez nią. Jak jest w praktyce? Cóż, pieszy w większości miast ma niski priorytet w ruchu drogowym, więc od przyciśnięcia guzika wywołującego zapalenie się zielonego światła potrafi w skrajnych przypadkach do jego zapalenia minąć kilka minut. Dlatego też piesi bardzo często przechodzą na czerwonym świetle. Im bardziej na północ kraju, tym bardziej są do tego chętni.
Przejścia dla pieszych są oznaczone tym znakiem i kierowcy bardzo się na nich pilnują – często jeszcze zanim zbliżyłem się do jezdni samochody już czekały, żebym mógł przez nią przejść. Nie widziałem też ani jednego przypadku, żeby kierowca wjechał na skrzyżowanie zanim będzie miał możliwość zjechania z niego. Nawet gdy jest zielone, grzecznie czekają by nie tarasować skrzyżowania w razie zmiany sygnału.
Prawo jazdy jest podstawowym dokumentem w Australii. Gdy meldowałem się do hoteli, dokumenty jakie były dozwolone do meldunku to albo paszport, albo prawo jazdy. Prawo jazdy dostaje się zanim można wyjechać samodzielnie samochodem na drogę. Szczegółowe przepisy odnośnie prawa jazdy różnią się w zależności od konkretnego stanu. Na ogół zdobywanie pełnych uprawnień wiąże się z jazdą przez 2 lata pod opieką “pełnoprawnego” kierowcy. Taka osoba musi mieć z tyłu samochodu umieszczoną żółtą tablicę ze znakiem “L”. Później kierowca awansuję na posiadacza “provisional driver’s licence”, który obwieszcza innym swoje umiejętności czerwonym “P” na białym tle naklejonym z tyłu samochodu. Po 3 kolejnych latach kierowca ten awansuje na pełnoprawnego kierowcę. Trochę skomplikowane. Powyższe opisałem na podstawie przepisów Australian Capital Territory.
W Australii bardzo dużą uwagę zwraca się na zapinanie przez pasażerów pasów bezpieczeństwa – dotyczy to także autobusów turystycznych. Trzeba o tym pamiętać, gdyż w razie kontroli płaci nie kierowca, a pasażer. Przykładowo wysokość mandatu za jazdę bez pasów jako pasażer w Queensland (Brisbane, Cairns) to 320 AUD.
Prawie wszystkie znaki drogowe w Australii mają podobną formę – jest to żółty, przekręcony o 45 stopni kwadrat z czarną treścią w środku. Bardzo często spotyka się znaki opisowe, bez piktogramu. W sklepach z pamiątkami popularne są różne wariacje na temat australijskich znaków drogowych, jest to też motyw przewodni większości koszulek z Australii.
Skarby Australii – opale
Australia została obdarzona przez naturę niezwykłą ilością pokładów minerałów i metali szlachetnych. Pięć skarbów Australii które się wymienia to diamenty, złoto, perły, szafiry i opale. Zwłaszcza to ostatnie są bardzo widoczne z perspektywy turysty, gdyż ciężko przegapić liczne sklepy jubilerskie sprzedające wyroby zawierające te kamienie. Opale uważane są za dobro narodowe Australii, aż 97% ich rocznej produkcji pochodzi właśnie stąd.
Charakterystyczne dla opali jest ich budowa, powodująca zjawisko rozszczepiania światła w ich wnętrzu, to natomiast sprawia wrażenie trójwymiarowości kamienia. Kamienie te występują w różnych kolorach, najczęściej spotykanym jest biały, ale są też żółte, różowe, niebieskie, zielone, czarne, brązowe. Największym rarytasem i zarazem najdroższą odmianą tego kamienia jest czerwony opal.
Niewątpliwie najlepszym miejscem do kupowania opali jest właśnie Australia, a ceny zawierają się w pełnym spektrum od 15 dolarów za nieoszlifowany słabej jakości kamień do kilkunastu tysięcy dolarów za najlepsze wyroby jubilerskie.
Wpis Specjalny – Kangurze sprawki część 2
Ceny
Nawet jeżeli znajdziecie najtańszy możliwy bilet do Australii, zanim go kupicie zastanówcie się czy jesteście w stanie tu przyjechać. Ceny w Australii w połączeniu z wysokim kursem dolara bardzo utrudniają zwiedzenie tego kraju. Noclegi w hostelach to koszt około 40-45$ za osobę. Hotele są dużo droższe – nie liczcie, że z ceną za pokój zejdziecie poniżej 100-120$. Butelka wody w sklepie to około 2-3$, mała butelka napoju typu coca-cola to 3,5-4$, duża butelka 1,25l to już około 5-6$. Batonik – 2,5-3$. Najtańsza opcja jedzenia tutaj to fast foody – zestaw w McDonaldzie lub kanapka w Subwayu to koszt w granicach 10$, jeżeli chcecie zjeść coś lepszego to w najtańszych restauracjach posiłek dla jednej osoby to wydatek rzędu 20$, w lepszych 30-40$. Wszystkie atrakcje czekające na turystów także nie są tanie – wejścia do zoo, akwariów i tym podobnych miejsc to koszt w granicach 35$, jednodniowa wycieczka na Great Ocean Road 120$, Zwiedzenie Uluru wyjeżdżając z Ayers Rock Resort to w najtańszej opcji 85$ wraz z wejściem do parku. Pieniądze szybciej znikały tu z portfela niż w Japonii.
Jako ciekawostkę mogę dodać, że Sydney właśnie wyprzedziło Tokio w cenach nieruchomości i zajmuje obecnie drugą pozycję na Świecie.
Nowa Zelandia jest tańsza, ceny wyglądają mniej więcej tak samo jak w Australii, tyle że waluta to dolar nowozelandzki. W momencie pisania tej relacji cena dolara australijskiego to około 3,30 PLN, a nowozelandzkiego 2,60.
Jeżeli chodzi o loty na połączeniach krajowych to cenowo króluje Jetstar i Virgin Australia, jednak VA oferuje lepszy standard podróży, więc warto moim zdaniem dopłacić, jeżeli różnica w cenie jest niewielka. Obie te linie działają na systemie taryf nisko-kosztowych jeżeli mogę tak to określić, więc za bagaż należy dopłacić. Spodziewajcie się najniższych taryf na połączenia tych dwóch linii na 2-3 miesiące przed wylotem. Ciekawą opcją jest też opisany przeze mnie w pierwszym poście tego wątku Airpass, który jest nie dość, że całkiem tani to ma w taryfie wliczony bagaż rejestrowany. Qantas jest na ogół droższą opcją, ale nie należy go ignorować – polecam zapisanie się do ich newslettera, gdyż wysyłają informacje o aktywowaniu taryfy “Red e-deal” na niektórych trasach. Tutaj działa na ogół tradycyjny system “wcześniej = taniej”.
Nie liczcie natomiast w powyższych liniach na ceny jakie serwują nam czasem w Europie Ryanair i Wizzair. Tutaj dobre ceny to na trasie MEL-SYD około 100 AUD za lot z bagażem rejestrowanym, a na około dwu-trzygodzinnych odcinkach typu SYD-BNE, BNE-CNS, czy CNS-SYD 120-140 AUD z bagażem. Niektóre kierunki jak np. Ayers Rock są zdecydowanie droższe i 200$ na tej trasie to dobra cena.
Najniższe ceny w Australii jak się trafi okazję ma Tiger Airways, ale jest to skrajny lowcost, z mierzeniem wielkości bagażu i wszystkimi tego konsekwencjami. Ma też bardzo słabą siatkę połączeń wewnątrz Australii. Mi akurat nie udało się trafić na nic co by mi pasowało, ale trzeba przyznać, że czasami mają świetne ceny.
Aborygeni
Aborygeni, czyli ludność która zamieszkiwała te ziemie “od zawsze”. Mają własną flagę – poziome pasy czarny i czerwony, z żółtym kołem na ich tle. Najwięcej ich mieszka w Northern Territory, czyli okolice Darwin, Kakadu i na południe aż do Uluru. Stanowią tam aż 32,5% populacji. W całej Australii jest ich 517 tysięcy, co stanowi 2,3% ogółu ludności tego kraju.
Wbrew popularnemu poglądowi, istnieje wiele plemion aborygeńskich – każde ma inny język i inną kulturę. Obecnie rozróżnia się ponad 400 różnych grup aborygeńskich.
Aborygeni mają swoją własną mitologię i wierzenia. Co więcej, w każdej części Australii wierzenia i opowieści aborygeńskie się nieco różnią. Historie te dotyczą takich rzeczy jak powstanie Świata, ale też bywają bardziej prozaiczne – np. w jaki sposób ptaki dostały swoje barwy. Wierzą, że zanim zwierzę, roślina czy człowiek powstali do życia byli duchami, które wiedziały że ożyją, ale nie wiedziały kiedy. Pierwsze dusze stały się roślinami i zwierzętami, człowiek powstał jako ostatni, po to by strzec tych pierwszych.
Aborygeni mają swój charakterystyczny styl w sztuce. Najbardziej kojarzone są kolorowe wzory malowane kropkami na płótnie lub drewnie.
Charakterystyczne aborygeńskie dźwięki wydobywają się z ludowego instrumentu, jakim jest Didgeridoo. Jest to jeden z najstarszych znanych dziś instrumentów i wygląda jak wielka drewniana trąba. Drugim charakterystycznym instrumentem są pałki służące do uderzania jedna o drugą.
Jeżeli ktoś by chciał kupić sobie Didgeridoo, to ceny w Kuranda kształtują się w okolicach 750-900$ za sztukę.
Większość Aborygenów nie pracuje i żyje z zasiłku. Podczas całej mojej trasy widziałem może ze dwie osoby tego pochodzenia, które pracowały. Niestety znacznie więcej takich osób widziałem włóczących się po parkach i siedzących w ciemnych zaułkach na ulicy. Nie chciałbym się spotkać bliżej z tymi ludźmi, sprawiają wrażenie takich naszych osiedlowych meneli. Dlatego też nie mam ich zdjęć, wszędzie podkreślają że nie lubią zdjęć i prawie nigdzie, gdzie są rzeczy związane z nimi nie można fotografować.










Widzę, że wybraliśmy tę sam katamaran – SLIVER SWIFT – nawet menu mają ciągle takie samo ;-)
Byłem bodaj 5go marca. Pogoda się poprawiła na rafie natomiast w Cairns po powrocie lało!
W Northern Greenhouse spędziłem tydzień. Pewnie rozminęliśmy się o włos. Miło się czyta i wspomina! :-)
Do Kurandy pojechałem busem a potem do Barn Falls piechotką
świetna wycieczka i swietna relacja :) przyjemnie przeczytać
tomako, najwyraźniej się minęliśmy :) Dziękuję za miłe słowa
aga, dzięki :)
Fantastyczna relacja z podróży – dziękuję, czytałam z zapartym tchem :-), Australia to moje marzenie…
Australia jest cudowna! Ja przebylam trase Cairns-Sydney-Melbourne i po prostu sie zakochalam! Great Barrier reef i trzymanie koali na rekach – bezcenne! Dzieki za te relacje, przywoluje bardzo mile wspomnienia.
Teraz marzy mi sie Australia Zachodnia, ale tam ceny juz w ogole siegaja zenitu, wiec moze za kilka lat uda sie odlozyc:)
Pozdrawiam!
Widzę tu same wpisy dotyczące Australii, ale ani jednego dotyczącego Nowej Zelandii – mimo tytułu relacji.
Czyżbym coś przeoczył?
Jaka szkoda, że polskiego nie znacie…
“było nie miłym przeżyciem”, a komentarzach “tę sam katamaran”
Od razu odechciało mi się dalej czytać
I haven?t checked in here for a while as I thought it was getting boring, but the last
several posts are good quality so I guess I?ll add you back to my daily bloglist.
You deserve it friend :)
n.z. 90% kraju nie ma zasiegu. zasieg tylko w miastach i na glównych drogach. czasem trzeba przejechac 100 km zeby miec zasieg. leje. nie mozna WOGÓLE wysiadac z auta bo meszki. zawsze i wszedzie. leje. nazi department of tourism zabrania wszystkiego, wszedzie. spanie na dziko to bullshit ? albo masa niemców, albo o 6tej rano przychodzi nazi i daje mandat. leje. depresja. kilo baraniny w sklepie 40 dolarów. surowej. gotowej do jedzenia nie ma. kilo czeresni 40 dolarów. leje. benzyna w cenie europy, dwa razy wiecej niz w australii. 4 razy wiecej niz US. leje. meszki. cale fjordy nie maja dróg, sa niedostepne. meszki. leje. komary i baki w arktyce to zero w porównaniu do meszek. leje. zeby znalezc miejsce na noc, trzeba pojezdzic ze 2-3 godziny, wszedzie ploty i zakazy. wszedzie!!!!! aplikacje z miejscami do spania wysylaja wszystkich niemców na malutkie parkingi na 5 aut, stoi sie drzwi w drzwi, jak przed supermarketem. jak sie stanie z boku, to mandat. leje. meszki. nie mozna zagotowac wody bo meszki. i leje. trzeba przeskakiwac wyspe z poludnia na pólnoc, albo wschód zachód zeby nie lalo. n.z. jablka po 5 dolarów za kilo. te same jablka wszedzie indziej na swiecie po 1.50 dolara. aftershave za 50 dolarów w normalnym swiecie tam kosztuje 180.
wszystkie mosty sa na jedno auto, poza Auckland. miasteczka wygladaja tak: bank, china takeout, empty store, second hand ze starymi smieciami, empty store, china takeout, second hand, bank and so on ? kompletny upadek i depresja. pierwszy raz w zyciu kupowalem w second handzie. wejscie na gorace kapiele 100 dolarów. dwa razy psychopaci zagrazali mojemu zyciu (wyspa pólnocna, srodek-wschód), jeden z shotgunem. policja to ignoruje.
co by tu jeszcze? jest pare dobrych rzeczy, wymieniam zle, bo NIKT tego nie mówi. bardzo latwo zarejestrowac auto, ubezpieczenia nieobowiazkowe i tanie. przeglad co 6 miesiecy. w morzu sie nikt nie kapie, poza surferami, zimno, prady. meszki doprowadzaja do obledu.nie ma na nie sposobu. wszedzie mlodociane adolfki. tysiacami. supermarkety, maja ich 3, sa tak zle,ze nie ma co jesc. marzy sie o powrocie do swiata i normalnym jedzeniu. ogólnie marzy sie o normalnym swiecie, caly czas odlicza dni do wyjazdu . w goracych wodach maja amebe co wchodzi do mózgu. no chyba ze sie zaplaci 100 dolarów za wstep, to mówia ze nie ma ameby
sprzedaz auta w n. zeelandii ? moze nie byc slodko:
konczylem wakacje w n.z w marcu, czyli ichniej jesieni, w christchurch. oczywiscie chcialem sprzedac auto, kupione tanio i raczej parchate. kupione z zalozeniem, ze oddam je na zlom. za zlomy placa roznie, ale max. okolo 300 nzd, w duzych miastach. na dlugo przed momentem pozbycia sie auta szukalem wszelkich mozliwych sposobow sprzedazy. i klientow. miejscowi sa kompletnie dolujacy, na ogloszenie ? auto na sprzedaz ? zawsze odpowiadaja pytaniem czy auto jest wciaz na sprzedaz, a po odpowiedzi potwierdzajacej milkna. wszyscy. takie zboczenie narodowe. jedna niemka w swoim ogloszeniu napisala: tak, auto jest na sprzedaz, tak, auto jest na sprzedaz. na pewno wciaz dostawala pytanie, czy auto jest na sprzedaz. w miedzyczasie sprzedalem kola, na ktorych byly dobre opony, zamieniajac sie na lyse. probowalem sprzedac akumulator, jako ze mialem drugi, slaby, ktory juz nie chcial krecic po nocy z przymrozkami. ten slaby wystarczyl, zeby dojechac na zlom. zapomnialem, ze mam dobry bagaznik dachowy, i ze moge go sprzedac ? do dzis sie pukam po glowie. tak wiec sprzedawalem co sie dalo po kawalku. oczywiscie przy okazji sprzedazy wszelkiego sprzetu kampingowego i wszystkiego, co bylo sprzedajne. a w n.z., krolestwie shit,u, wszystko jest. w christchurch pojechalem na auto gielde dla backpackersow. po lecie, czyli na koniec sezonu, bylo tam kilkanascie vanow, wartych miedzy 6 a 15 tys. nzd. i nic innego. I ZERO KUPUJACYCH!!! zero. mniemniaszki, co to wylozyli taka kase na swoje autka, plakali, ze latwiej sprzedac auto na antarktydzie. a czego sie spodziewali kupujac auto? naiwne dzieci? nawet nie bylo tam sępow i naciagaczy, placacych po 500 dolarow za auto. jest ich w tym kraju mnostwo, mnie tez podchodzili z tak kosmicznymi propozycjami, ze ja bym nigdy takiego oszustwa nie wymyslil. np. : zostaw mi auto i upowaznij do sprzedazy, a jak go sprzedam, to ci wysle kase gdziekolwiek w swiecie. i kilka innych, co juz nawet wole nie pamietac.
konczac wakacje, chcialoby sie pozbyc auta w przeddzien wylotu. a to jest nieosiagalne, jesli chce sie sprzedac. jak sie sprzeda wczesniej, to trzeba , przez nie wiadomo ile dni, spac w hostelu. ( w ch.ch. noc w hostelu dochodzila do 100 nzd., w izbie zbiorczej troche taniej) wiec sie trzeba kisic w miescie, nie wiadomo po co, w syfie, tracic czas i pieniadze. bez sensu. a jak sie nie sprzeda? porzucic na parkingu przed lotniskiem? niektorzy to proponowali. ale 15 tys. nzd szlag trafia. tez bez sensu.
dalem za swojego parszka 850 dollar, troche w nim musialem dlubac, przywiozlem sobie podstawowe narzedzia. musialem zmienic opony, bo zdarlem na szutrach do drutow. oczywiscie ze zlomu. tak ze dolozylem pare stow na rozne czesci. na zlom oddalem go za 300, za kola wzialem 150. spalem w nim do ostatniej chwili, ze zlomu pojechalem prosto na lotnisko. ogolnie, nie wydalem na spanie ani jednego centa przez kilka miesiecy. oczywiscie wydalem na benzyne, bo zeby znalezc miejsce na noc, czasem trzeba bylo duuuuzo sie najezdzic.
a adolfki z gieldy dla backpackers? nie mam pojecia, ale ich zalamane miny i wyparowana buta byly slodkie. tudziez ich glupota, bezdenny brak wyobrazni. das ist keine deutschland, madchen. angielski swiat nie dziala po niemiecku, a autka do oszustow po 5 stów! albo zostawione przed lotniskiem?.