Home relacja Australia i Nowa Zelandia Odcinek 3 (relacja czytelnika)
Australia i Nowa Zelandia Odcinek 3 (relacja czytelnika)

Australia i Nowa Zelandia Odcinek 3 (relacja czytelnika)

Dzień 16 – AYQ-SYD

Poranek tego dnia był bardzo spokojny, gdy wyszedłem z mojego pokoju na zewnątrz całe Pioneer’s Lodge wyglądało jak wymarłe. Prawdopodobnie większość osób pojechała oglądać wschód słońca oraz Uluru z bliska, gdy temperatura jest jeszcze znośna. Ja nie mogłem, gdyż powroty nie gwarantowały, że zdążę na transfer na lotnisko na mój lot.

Po wymeldowaniu okazało się, że w hotelowej poczekalni siedzą dwie znajome twarze – to Japonki z którymi nurkowałem w Cairns! Wstyd się przyznać, ale to one mnie poznały – ja musiałem chwilę pomyśleć zanim wpadłem na to czemu się tak do mnie uśmiechają. Okazało się, że lecimy do Sydney tym samym samolotem, tylko mają inny transfer więc spotkamy się na lotnisku.

Lotnisko w Ayers Rock jest malutkie – operują tu tylko Qantas (3 loty dziennie) i Virgin Australia (tylko jeden). Miałem nosa by szybko uciec z autobusu do środka terminala, gdyż zaraz za mną ustawiła się ogromna kolejka do stanowisk odprawy biletowo-bagażowej. To co chciałem, to dostałem – miejsce 6F, okno.

IMGP9624res

Po security można rozgościć się w poczekalni z widokiem na płytę lotniska. Obok jeden z najdroższych barów lotniskowych jakie widziałem – mała kanapka i sok pomarańczowy – 14 AUD.

IMGP9625res

Lotnisko dysponuje dwoma bramkami, które w przypadku lotów do Sydney są wykorzystywane równocześnie. Qantas i Virgin Australia ustawiły tak swoje loty, że VA startuje 5 minut po Qantasie. Dziś będzie trochę większa przerwa, gdyż przylatujący z Sydney Embraer Virgin Australia spóźnił się.

IMGP9627res

IMGP9628res

Niestety dziewczyny mnie tak skutecznie zagadały w trakcie boardingu, że nie zrobiłem ani jednego zdjęcia dzisiejszemu E-190. Samolot ma malowanie Virgin Blue i rejestrację VH-VPM.

Cały lot spędziłem na pisaniu dla Was poprzedniej części relacji, zleciał mi bardzo szybko :) Załoga była bardzo miła, a bez pytania mój kubeczek z wodą w magiczny sposób co jakiś czas sam się napełniał :)
Podejście do Sydney tym razem wymagało zrobienia pętli nad całym miastem, by lądowanie odbyło się od zachodu. Niestety widoki na Harbour Bridge i operę musiałem zostawić pasażerom siedzącym z drugiej strony samolotu. Mi został jedynie widok na głębszą część zatoki Sydney.

IMGP9632res

Powrót pociągiem do miasta bezproblemowy, tylko trzeba było przełknąć gorzką pigułkę w postaci cen biletów pociągowych. Tutaj moja uwaga – nie dajcie się naciąć. Gdy będziecie kupowali bilet na pociąg, nie kupujcie biletu powrotnego, wcale nie jest tańszy, a maszyna wypluła mi bilet powrotny do stacji Domestic, który nie umożliwia podróżowania na lotnisko międzynarodowe. Przyzwyczaiłem się, że lotnisko to lotnisko – ale nie tu. Kolej Sydney rozróżnia te stacje i można się zdziwić próbując przejść przez bramkę w wyjściu ze stacji na lotnisku.

Tego dnia w Sydney nie będę Wam opisywał, bo nie było zwiedzania – musiałem się trochę przepakować, kupić pamiątki i pocztówki – takie tam turystyczne sprawy :) Za to mam chwilkę więc pora na…

Dzień 17 SYD-PVG + Shanghai

Na odprawę do Szanghaju trafiłem trochę późno, gdy zobaczyłem kolejkę wijącą się przez środek głównego korytarza łączącego kolejne wyspy check-inów, myślałem że miejsce przy oknie właśnie odleciało. Na szczęście miły Chińczyk w check-inie znalazł dla mnie jedno z ostatnich takich miejsc. Ostatni spacer po lotnisku i widok na “moją” maszynę. Muszę przyznać, że to jedno z najokropniejszych malowań jakie w życiu widziałem, ale A320 w tym malowaniu wygląda jeszcze gorzej.

IMGP9636res

Lecę dziś czteroletnią maszyną z numerem rejestracyjnym B-6506. Jej wnętrze niczym nie różni się od poprzednio poznanych samolotów A330 China Eastern. Po starcie z tyłu kabiny pojawił się taki namiot:

IMGP9638res

Pierwszy raz widziałem coś takiego ;) Chwilę później pojawiły się gorące ręczniki i pierwszy serwis. Do wyboru makaron z wieprzowiną lub ryż z rybą. Wolałem tę pierwszą opcję:

IMGP9639res

Tym razem catering raczej słaby – w makaronie było tyle sypanej papryki, że niewiele poza nią było czuć. Natomiast całkiem niezłe było ciastko cytrynowe i sałatka coleslaw.
Lot mijał dość nudno, na szczęście sporą jego część umiliła mi rozmowa z Chinką imieniem Yu, która siedziała obok. Inni zabijali nudę w inny sposób ;) :

IMGP9641res

Drugi serwis rozpoczął się dwie godziny przed lądowaniem – tym razem do wyboru wieprzowina lub kurczak. Wziąłem kurczaka, który okazał się pyszny. Posiłek został podany z ziemniakami z fasolką i talerzykiem z arbuzem i melonami. Była też niewidoczna na zdjęciu ciepła bułka.

IMGP9645res

Lądowanie w Szanghaju utwierdziło mnie w przekonaniu, że chińscy piloci opanowali miękkie lądowania do perfekcji.
Do miasta z lotniska Pu Dong można dostać się metrem, lub koleją magnetyczną Maglev, unoszącą się nad torem dzięki poduszce magnetycznej. Dzięki brakowi oporów pociąg ten potrafi osiągnąć prędkość 431 km/h, jednak zanim wybierzecie się na stację by się nim przejechać, upewnijcie się, że jesteście we właściwych godzinach. Pociąg bowiem osiąga pełną prędkość w tylko w dwóch około dwugodzinnych blokach czasowych w ciągu dnia.

IMGP9658res

Ja niestety byłem na lotnisku zbyt późno, więc musiałem zadowolić się “ledwie” 301 km/h. Koszt biletu w jedną stronę Maglevem to 50 Yuanów, a w dwie 80.

IMGP9664res

Nie jest to moja pierwsza wizyta w Szanghaju. Poprzednio byłem ty w 2006 roku i podróż Maglevem trochę straciła od tego czasu – nie ma już hostess przy wejściu do pociągu, ani uczucia luksusu jazdy nim. Pociąg dojeżdża do stacji Longyang Road, znajdującej się na obrzeżach centrum miasta. Tu można się przesiąść do metra. Co ciekawe, jest to ta sama linia, która dojeżdża do lotniska, więc Maglev tak na prawdę skraca czas podróży, ale nie jest niezbędny do dotarcia do portu lotniczego. Pociąg magnetyczny pokonuje dystans 30 km dzielący obie stacje w 7 minut i 20 sekund w godzinach szybszej jazdy, ta sama trasa przy ograniczeniu do 301 km na godzinę to 8 minut i 10 sekund.

Mam przy dalekich podróżach zasadę, że ostatnią noc przed wylotem do kraju spędzam w najlepszym hotelu na trasie. Nie inaczej było tym razem – dziś śpię w Novotel Atlantis Shanghai, dzięki promocji -50% Accora. Chciałbym w tym miejscu podziękować poznanej na recepcji Pani Kasi, która w tym hotelu pełni funkcję managera do spraw kontaktów z klientami. Widząc polskie nazwisko przydzieliła mi najlepszy dostępny pokój, za co jej dziękuję. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, pozdrawiam serdecznie!

Nie tracąc czasu ruszam w miasto, by zrobić zdjęcia nocne Szanghaju. Pamiętałem, że najważniejsze wieżowce w centrum gaszą iluminację dość wcześnie, jednak byłem przekonany, że wcześnie to 23.00. Dało by mi to szansę dotarcia do Bund, skąd najlepiej widać panoramę miasta. Ledwie zdążyłem wyciągnąć aparat by zrobić pierwsze zdjęcia i światła zaczęły gasnąć – była to godzina 22.00. Jedyne sensowne zdjęcie:

IMGP9676res

Nie zdążyłem zrobić zdjęcia Shanghai World Financial Center, mojemu ulubionemu wysokościowcu tego miasta, ani też Perl Tower. No trudno, będzie trzeba tu kiedyś wrócić :)

Dzień 18 PVG-LHR

Na stację Maglev miałem jechać metrem, ale okazało się, że taksówka jest tak tania, że mi się odechciało. Za trasę około 7 km zapłaciłem 28 Yuanów, czyli około 14 zł. Tym razem sprawdziłem w Internecie rozkład jazdy kolejki i specjalnie przybyłem trochę później, by rozpędzić się do pełnych 431 km/h. Szybkość przemykających za oknem drzew robi wrażenie.

IMGP9689res

Taka ciekawostka…

IMGP9694res

Terminal 1 w Szanghaju od strony landside robi bardzo dobre wrażenie. China Eastern, dla której jest to główny hub ma bardzo dużo stanowisk odprawy check-in, do których prawie w ogóle nie ma kolejki.

IMGP9705res

Poprosiłem panią w stanowisku o miejsce przy oknie. Ta popatrzyła i stwierdziła, że niestety nic nie zostało, ale jeżeli dam jej jakąkolwiek kartę lojalnościową SkyTeam, to będzie mogła mi dać okno w wyjściu awaryjnym. Rewelacja! Karta FlyingBlue natychmiast znalazła się na ladzie.
Prawie trzynastogodzinny rejs obsługiwać będzie A330 o rejestracji B-5902.

IMGP9725res


Maszyna ma ledwie pół roku i została wyposażone w niemal identyczne fotele jak w Dreamlinerze LOT-u. Tak samo jak tam, rozkładając fotel, wysuwa się siedzisko. Przepraszam za bałagan ;)

IMGP9727res

IMGP9729res

Nie zabrakło tym razem systemu indywidualnej rozrywki, bardzo podobnego do tego znanego z LOT-u.

IMGP9730res

Pierwszy serwis daje do wyboru rybę lub wieprzowinę (znowu…). Tym razem gorąca część tacki bardzo dobra, natomiast sałatka nie do zjedzenia. Zwróćcie uwagę na łyżko-widelec ;)

IMGP9735res

Pora rozgryźć IFE. System składa się z dużego dotykowego ekranu i podobnego, lecz troszkę uboższego pilota znanego z polskich 787. W bazie systemu naliczyłem około 60 pozycji filmowych. Nie zabrakło też map, takich samych jak w LOT.

IMGP9739res

IMGP9741res

Jeszcze “tylko” 11 godzin i 20 minut…

IMGP9740res

W tym czasie przeczytałem Shanghai Daily – gazetę wydawaną po angielsku. Główne tematy to smog w mieście i wprowadzenie norm emisji podobnych do Euro V dla samochodów w Chinach. Można też było przeczytać o 101-letniej kobiecie, która umarła i obudziła się w dniu pogrzebu… cóż. Resztę czasu umiliłem sobie nadrabiając kinowe zaległości.

Drugi posiłek podano dość dziwnie, bo w połowie lotu – na 6 godzin przed lądowaniem. Tym razem do wyboru ryba lub wołowina. Na talerzu ta druga:

IMGP9747res

Cały posiłek bardzo dobry. China Eastern musi popracować nad stałością swoich posiłków – te są jak sinusoida.
Lądowanie w Londynie o czasie, jak zwykle bardzo miękkie.

Aby dostać się do hotelu z Terminalu 4, z którego korzysta China Eastern muszę: pójść do pociągu, pojechać nim do stacji T1/T3, przejść na stację autobusową i pojechać autobusem 6 przystanków (w darmowej strefie Heathrow). Po tych wszystkich kombinacjach wiem, że Heathrow będę unikał do jakichkolwiek przesiadek, zwłaszcza ze zmianą terminali.

Dzień 18 LHR-AMS-WAW

Jak kiedyś lubiłem Brytyjczyków, tak coraz mniej ich szanuję. Dzień zaczął się od okropnego angielskiego śniadania. Takie samo, ale o niebo lepsze jadłem w hotelu w Melbourne, mimo że angielskie ;)

Powrót do Warszawy mam KLM-em, oznacza to powrót na T4, czyli odwrócenie mojej trasy z zeszłego wieczoru. Na szczęście mi się nie spieszyło za bardzo, bo karty pokładowe wydrukowałem sobie już poprzedniego dnia w automacie przy okazji wizyty na T4. Dojazd do T1/3 całkiem sprawny, ale na pociąg do T4 musiałem czekać 20 minut. Już widzę minę tych, którzy mają krótką przesiadkę i nie zdążyliby przez rzadko kursujące między terminalami pociągi.
Na T4 wszyscy muszą się obowiązku odprawić przez automat – ja zrobiłem to już dzień wcześniej, więc ustawiłem się od razu do wspólnej kolejki do odpraw AF/KLM. Powiem Wam, że takiej odprawy to ja nie miałem przez całą moją trasę mimo, że podróżowałem także Low Costami. Mierzony i ważony był każdy bagaż podręczny – ściśle były przestrzegane ilości bagażu. Pani supervisor dosłownie wychodziła z siebie drząc się na pasażerów, którzy nie rozumieli do końca zasad dotyczących bagaży i nie rozumiejących czemu mają dopłacać do biletu. Na szczęście mój bagaż i torba na aparat szybko dostały odpowiednią przywieszkę KLM, że są w porządku. Bagaż ponownie był “trzepany” w gacie, oczywiście jeżeli ktoś już nadał bagaż rejestrowany, to dodatkowa sztuka oznaczała dla niego odpowiednią dopłatę.

IMGP9753res

Do Amsterdamu lecę Boeingiem 737-800 o rejestracji PH-BXN. Niestety nie ma zdjęć, bo aparat poszedł do schowka bagażowego pod sufitem, mój plecak się tam nie mieścił ze względu na ilość bagaży podręcznych, więc musiał pójść pod nogi. O tym, że aparat jest na górze zorientowałem się zbyt późno. Lot był bardzo krótki – ledwie 45 minut. W jego trakcie podano nam do wyboru słodką lub słoną przekąskę i napój. Bardzo dobrze, że lot trwał tylko tyle, bo kabina jest ciasna, samolot był pełny, a pan siedzący obok mnie się strasznie rozpychał. Pozdrowienia dla Pani Kapitan, która w wyjściu z przyjemnością podała mi rejestrację maszyny i powiedziała, że jej nazwa po holendersku oznacza “Blackbird”.

Amsterdam to moje ulubione lotnisko w Europie. Jest tu jasno, wysoko, wszystko jest świetnie oznaczone, dużo jest sklepów i wszystko się mieści w jednym terminalu.

IMGP9757res

Odwiedziłem reklamowany w magazynie pokładowym KLM Airport Park, czyli zieloną przestrzeń na lotnisku. Są tu leżaki, wielkie pufy do leżenia, sztuczne drzewa, a z głośników słychać odgłosy wody i ptaków. Jest też darmowe wifi. Bardzo fajne miejsce na wypoczynek między lotami.

IMGP9763res

Lot do Warszawy odbędzie się na niespełna rocznym Embraerze E190 KLM Cityhopper o rejestracji PH-EZV. Na szczęście sprawdziłem w automacie w AMS mapkę miejsc i zmieniłem sobie swoje siedzenie na 25A, które się odblokowało. Dzięki temu miałem ostatnie kilka rzędów foteli tylko dla siebie.

IMGP9765res

IMGP9770res

W panelach nad głowami zamiast zakazu palenia zapala się równolegle z nakazem zapięcia pasów zakaz używania urządzeń elektronicznych.

IMGP9773res

Do jedzenia dostajemy kanapki – jedna połówka z szynką, a druga z serem. Nie zabrakło też napojów, które później były jeszcze uzupełniane jeżeli ktoś miał ochotę na więcej.

IMGP9776res

Na sam koniec wszyscy dostali też po ciasteczku.

IMGP9785res

I tym oto widokiem w trakcie zniżania do Warszawy kończę tę relację…

Podsumowanie

Pokonałem samymi samolotami 32409 mil, czyli okrążyłem 1,25 raza Ziemię wzdłuż Równika. Czy było warto? Oj tak! Australia i Nowa Zelandia to cudowne miejsca, choć chyba bardziej niż przyroda podobali mi się tam ludzie. Byli zawsze uśmiechnięci, zadowoleni, nigdy nie robili problemów. “No worries, mate” to to co zawsze słychać, gdy się o coś ich prosi.
Pada pytanie – Australia czy Nowa Zelandia? Wróciłbym chętnie i tu i tu, ale moim miejscem jest Australia. Ludzie w Australii wydają się być milsi, do wszystkiego podchodzą bardziej “na luzie”.

Oba te kraje mają zupełnie inne, nieporównywalne krajobrazy. Australia to miasta, zwierzęta, pojedyncze parki narodowe, i niesamowicie wielki, pusty Outback. Nowa Zelandia to zieleń i góry, majestatyczne krajobrazy rodem z Władcy Pierścieni. Na pewno jeżeli ktoś się wybiera w tamte okolice powinien zajrzeć też na drugą stronę Morza Tasmana. Jak ktoś tu napisał, ludzie w Australii ubierają się dość elegancko, poza tym są niesamowicie towarzyscy. Prawdopodobnie wynika to z tego, że jest ich niewielu biorąc pod uwagę ilość przestrzeni jaką mają do dyspozycji, ale ja podróżując w zasadzie po samych miastach byłem w stanie to odczuć. Aż szkoda mi wracać do Europy, nie ze względu na pogodę, która jest lekko mówiąc średnia, ale ze względu na ludzi własnie, jak widziałem co się działo na Heathrow (przykład check-inu) to aż sam się zły robiłem. Czemu nie da się pozytywnie podchodzić do życia tak jak tam? Może to kwestia pogody, a może czegoś innego. Nie wiem… wiem, że tam żyje się przyjemniej i to czuć na każdym kroku.
Czy wrócę? Jeżeli będzie taka możliwość – nie jestem w stanie odpowiedzieć na pewno, bo mimo wszystko Australia jest droga. Jeżeli nie zarabia się w dolarach Australijskich, lub nie ma się płac na poziomie japońskim, lub przynajmniej zachodnioeuropejskim, to jest ciężko tam przeżyć dłużej. Na pewno chciałbym zobaczyć północ – Darwin i Kakadu, oraz przejechać przez środek Interioru. Problemem jest cały czas cena, bo za pieniądze które wydałem w Australii można by było zrobić trzy wyjazdy do Azji lub Ameryki Południowej.
Koszty
Jak już wiecie na loty wydałem około 8500 zł, cała 3-tygodniowa wyprawa zamknęła się w kwocie około 15 tysięcy złotych. W tym są wszystkie atrakcje (na których nie oszczędzałem), wyżywienie i noclegi (na których jak najbardziej oszczędzałem ;).
Podziękowania
Na sam koniec chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej relacji w takiej formie jaką możecie teraz przeczytać. Zwłaszcza za uzupełnianie na bieżąco mojej wiedzy. Dzięki, że chciało Wam się to wszystko czytać no i mam nadzieję, że do zobaczenia na pokładzie samolotu gdzieś daleko! :)

…ale my jeszcze nie kończymy: na kolejnej stronie znajdziecie kilka luźnych uwag autora.






Strony: 1 2 3


mleko

Komentarz(11)

  1. Widzę, że wybraliśmy tę sam katamaran – SLIVER SWIFT – nawet menu mają ciągle takie samo ;-)
    Byłem bodaj 5go marca. Pogoda się poprawiła na rafie natomiast w Cairns po powrocie lało!

  2. W Northern Greenhouse spędziłem tydzień. Pewnie rozminęliśmy się o włos. Miło się czyta i wspomina! :-)
    Do Kurandy pojechałem busem a potem do Barn Falls piechotką

  3. Fantastyczna relacja z podróży – dziękuję, czytałam z zapartym tchem :-), Australia to moje marzenie…

  4. Australia jest cudowna! Ja przebylam trase Cairns-Sydney-Melbourne i po prostu sie zakochalam! Great Barrier reef i trzymanie koali na rekach – bezcenne! Dzieki za te relacje, przywoluje bardzo mile wspomnienia.

    Teraz marzy mi sie Australia Zachodnia, ale tam ceny juz w ogole siegaja zenitu, wiec moze za kilka lat uda sie odlozyc:)

    Pozdrawiam!

  5. Widzę tu same wpisy dotyczące Australii, ale ani jednego dotyczącego Nowej Zelandii – mimo tytułu relacji.
    Czyżbym coś przeoczył?

  6. Jaka szkoda, że polskiego nie znacie…
    “było nie miłym przeżyciem”, a komentarzach “tę sam katamaran”
    Od razu odechciało mi się dalej czytać

  7. n.z. 90% kraju nie ma zasiegu. zasieg tylko w miastach i na glównych drogach. czasem trzeba przejechac 100 km zeby miec zasieg. leje. nie mozna WOGÓLE wysiadac z auta bo meszki. zawsze i wszedzie. leje. nazi department of tourism zabrania wszystkiego, wszedzie. spanie na dziko to bullshit ? albo masa niemców, albo o 6tej rano przychodzi nazi i daje mandat. leje. depresja. kilo baraniny w sklepie 40 dolarów. surowej. gotowej do jedzenia nie ma. kilo czeresni 40 dolarów. leje. benzyna w cenie europy, dwa razy wiecej niz w australii. 4 razy wiecej niz US. leje. meszki. cale fjordy nie maja dróg, sa niedostepne. meszki. leje. komary i baki w arktyce to zero w porównaniu do meszek. leje. zeby znalezc miejsce na noc, trzeba pojezdzic ze 2-3 godziny, wszedzie ploty i zakazy. wszedzie!!!!! aplikacje z miejscami do spania wysylaja wszystkich niemców na malutkie parkingi na 5 aut, stoi sie drzwi w drzwi, jak przed supermarketem. jak sie stanie z boku, to mandat. leje. meszki. nie mozna zagotowac wody bo meszki. i leje. trzeba przeskakiwac wyspe z poludnia na pólnoc, albo wschód zachód zeby nie lalo. n.z. jablka po 5 dolarów za kilo. te same jablka wszedzie indziej na swiecie po 1.50 dolara. aftershave za 50 dolarów w normalnym swiecie tam kosztuje 180.
    wszystkie mosty sa na jedno auto, poza Auckland. miasteczka wygladaja tak: bank, china takeout, empty store, second hand ze starymi smieciami, empty store, china takeout, second hand, bank and so on ? kompletny upadek i depresja. pierwszy raz w zyciu kupowalem w second handzie. wejscie na gorace kapiele 100 dolarów. dwa razy psychopaci zagrazali mojemu zyciu (wyspa pólnocna, srodek-wschód), jeden z shotgunem. policja to ignoruje.
    co by tu jeszcze? jest pare dobrych rzeczy, wymieniam zle, bo NIKT tego nie mówi. bardzo latwo zarejestrowac auto, ubezpieczenia nieobowiazkowe i tanie. przeglad co 6 miesiecy. w morzu sie nikt nie kapie, poza surferami, zimno, prady. meszki doprowadzaja do obledu.nie ma na nie sposobu. wszedzie mlodociane adolfki. tysiacami. supermarkety, maja ich 3, sa tak zle,ze nie ma co jesc. marzy sie o powrocie do swiata i normalnym jedzeniu. ogólnie marzy sie o normalnym swiecie, caly czas odlicza dni do wyjazdu . w goracych wodach maja amebe co wchodzi do mózgu. no chyba ze sie zaplaci 100 dolarów za wstep, to mówia ze nie ma ameby

    1. sprzedaz auta w n. zeelandii ? moze nie byc slodko:
      konczylem wakacje w n.z w marcu, czyli ichniej jesieni, w christchurch. oczywiscie chcialem sprzedac auto, kupione tanio i raczej parchate. kupione z zalozeniem, ze oddam je na zlom. za zlomy placa roznie, ale max. okolo 300 nzd, w duzych miastach. na dlugo przed momentem pozbycia sie auta szukalem wszelkich mozliwych sposobow sprzedazy. i klientow. miejscowi sa kompletnie dolujacy, na ogloszenie ? auto na sprzedaz ? zawsze odpowiadaja pytaniem czy auto jest wciaz na sprzedaz, a po odpowiedzi potwierdzajacej milkna. wszyscy. takie zboczenie narodowe. jedna niemka w swoim ogloszeniu napisala: tak, auto jest na sprzedaz, tak, auto jest na sprzedaz. na pewno wciaz dostawala pytanie, czy auto jest na sprzedaz. w miedzyczasie sprzedalem kola, na ktorych byly dobre opony, zamieniajac sie na lyse. probowalem sprzedac akumulator, jako ze mialem drugi, slaby, ktory juz nie chcial krecic po nocy z przymrozkami. ten slaby wystarczyl, zeby dojechac na zlom. zapomnialem, ze mam dobry bagaznik dachowy, i ze moge go sprzedac ? do dzis sie pukam po glowie. tak wiec sprzedawalem co sie dalo po kawalku. oczywiscie przy okazji sprzedazy wszelkiego sprzetu kampingowego i wszystkiego, co bylo sprzedajne. a w n.z., krolestwie shit,u, wszystko jest. w christchurch pojechalem na auto gielde dla backpackersow. po lecie, czyli na koniec sezonu, bylo tam kilkanascie vanow, wartych miedzy 6 a 15 tys. nzd. i nic innego. I ZERO KUPUJACYCH!!! zero. mniemniaszki, co to wylozyli taka kase na swoje autka, plakali, ze latwiej sprzedac auto na antarktydzie. a czego sie spodziewali kupujac auto? naiwne dzieci? nawet nie bylo tam sępow i naciagaczy, placacych po 500 dolarow za auto. jest ich w tym kraju mnostwo, mnie tez podchodzili z tak kosmicznymi propozycjami, ze ja bym nigdy takiego oszustwa nie wymyslil. np. : zostaw mi auto i upowaznij do sprzedazy, a jak go sprzedam, to ci wysle kase gdziekolwiek w swiecie. i kilka innych, co juz nawet wole nie pamietac.
      konczac wakacje, chcialoby sie pozbyc auta w przeddzien wylotu. a to jest nieosiagalne, jesli chce sie sprzedac. jak sie sprzeda wczesniej, to trzeba , przez nie wiadomo ile dni, spac w hostelu. ( w ch.ch. noc w hostelu dochodzila do 100 nzd., w izbie zbiorczej troche taniej) wiec sie trzeba kisic w miescie, nie wiadomo po co, w syfie, tracic czas i pieniadze. bez sensu. a jak sie nie sprzeda? porzucic na parkingu przed lotniskiem? niektorzy to proponowali. ale 15 tys. nzd szlag trafia. tez bez sensu.
      dalem za swojego parszka 850 dollar, troche w nim musialem dlubac, przywiozlem sobie podstawowe narzedzia. musialem zmienic opony, bo zdarlem na szutrach do drutow. oczywiscie ze zlomu. tak ze dolozylem pare stow na rozne czesci. na zlom oddalem go za 300, za kola wzialem 150. spalem w nim do ostatniej chwili, ze zlomu pojechalem prosto na lotnisko. ogolnie, nie wydalem na spanie ani jednego centa przez kilka miesiecy. oczywiscie wydalem na benzyne, bo zeby znalezc miejsce na noc, czasem trzeba bylo duuuuzo sie najezdzic.
      a adolfki z gieldy dla backpackers? nie mam pojecia, ale ich zalamane miny i wyparowana buta byly slodkie. tudziez ich glupota, bezdenny brak wyobrazni. das ist keine deutschland, madchen. angielski swiat nie dziala po niemiecku, a autka do oszustow po 5 stów! albo zostawione przed lotniskiem?.

Opublikuj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *